kroll2@jabber.cz

niestety nie ma tu żadnego grafomańskiego morału na powitanie.

01 lutego 2008,

TOP20 AD2007 #2

Image Hosted by ImageShack.us

10. Tomahawk - Anonymous

Mike Patton nie przestaje mnie zaskakiwać - ten facet to po prostu potęga! Swoimi krzykami, rzężeniem i śpiewem przewędrował już chyba całą krainę muzycznych gatunków - od popu (Peeping Tom) i hiphopu (General Patton vs. The X-Ecutioners) przez eksperymentalną klasykę (Kaada/Patton), rasowy noise (Maldoror) aż do najbardziej popieprzonej awangardy jaką jesteśmy w stanie pojąć - zresztą co go będę wychwalał przesadnie jak i tak każdy wie, że nie ma lepszego wokalisty niż on ;) Tym razem za sprawą gitarzysty Tomahawka - Duane'a Denisona (ex-The Jesus Lizard) który wspólnie z Hankiem Williamsem III wyruszył na rajdy po rezerwatach rdzennych amerykanów Patton zreinterpretował klasyczne indiańskie przyśpiewki i naprawdę świetnie mu to wyszło. Bardzo mocno transowa płyta, idealna do srogiego odlotu po dużej ilośc meskaliny (o ile tylko uda wam się podciągnąć prąd do przydomowego wigwamu ;))

9. Nyia - More Than You Expect

Wyfrunęła nam Nyia w świat po raz kolejny - tym razem wydali płytkę w labelu Shane'a Embury'ego (basisty Napalm Death) - FETO Records. Czy to zaszczyt sam w sobie zdecydujcie se sami ;-) Nie ma co się rozpisywać pod względem muzycznym, piętno którym grupa była naznaczona czyli muzycy w niej grający (muzycy KOBONGa i PROPHECY, między innymi) po prostu nie pozwoliło im na nagranie złej płyty. Krew pot i miazga - brzmienie, które samoistnie podpala kościoły.

8. Behemoth - The Apostasy

Progres kapel muzycznych można podzielić na dwie podstawowe grupy - zmiany które powodują, że zespół mówiąc kolokwialnie ssie, albo faktyczny postęp który dodaje kolorów i smaczków do ich muzyki. Behemoth zdecydowanie jest w tej drugiej grupie - z płyty na płytę pokazują coraz lepszą klasę i coraz większy profesjonalizm (nie patrzcie takimi wielkimi oczyma drodzy czytelnicy - też myślałem że już bardziej się nie da !). Pomijając oczywiste świetne kompozycje i interesujące eksperymenty (dęciaki, zaproszenie do współpracy Leszka Możdżera, chóry i tak dalej - zdecydowanie nie są to nudne "upiększacze" i wnoszą coś do kompozycji Nergala) płyta została o wiele lepiej wyprodukowana. Aż strach się bać co się będzie działo na następnej płycie - zespół przeniósł się z (mimo wszystko marginalnego) polskiego Mystica do kultowego Nuclear Blast. Jak tak dalej pójdzie to za kilkanaście albo nawet kilka lat to na ich płytach będzie utrzymywać się polska gospodarka, a sam Behemoth stanie się lepszym towarem eksportowym niż nasza wódka.

7. Sole and the Skyrider Band - S/T

Drugie miejsce na liście moich muzycznych odkryć ubiegłego roku to projekt Tima Hollanda ukrywającego się pod pseudonimem SOLE, rapera ściśle związanego ze środowiskiem anticon. Tym razem nasz czarnoskóry filozof współpracował z trójkątem rodem z Florydy ukrywającym się pod szyldem Skyrider - ten sympatyczny kwartet tworzy w podgatunku nazywającym się Świadomy Hip-Hop i za cholery nie wiem o co w tym chodzi, ale brzmią bardzo sympatycznie, zwłaszcza pod względem tekstowym. Częste zabawy słowem w których można by ich przyrównać do naszego rodzimego eluce, tematyka zaś porusza głównie problemy społeczne i to te najbardziej mroczne - od narkotyków po samobójstwa. Nie ma co się dziwić, w końcu jak śpiewał Andy Cairns - "Happy people have no stories" ;-)

6. Pelican - City Of Echoes

Odkąd tylko poznałem tą kapelę przy okazji wydania ich drugiego LP, The Fire in Our Throats Will Beckon the Thaw zawsze ich lubiłem i szanowałem, ale mimo wszystko traktowałem tych czterech chłopaków z czikago nieco drugorzędnie - ot takie dobre post-hc/doomowe granie ale niestety nic poza tym - kolejny klon ISIS, Cult Of Luna i tym podobnych wyróżniający się tylko brakiem wokalisty. Gdy usłyszałem nadal poruszające się w dawnej stylistyce, ale nieco cięższe i "masywniejsze" City Of Echoes powoli zacząłem się do nich przekonywać i z każdym następnym odsłuchem przesuwać ich do pierwszej ligi do momentu aż w końcu usiedli okrakiem na granicy między tymi dwoma światami. I gdy zobaczyłem ich na żywo we wrocławskim Firleju padłem na kolana z zachwytu. Ich brzmienie na żywo różni się od tego co znałem z płyt, jest o wiele cięższe i "dostojniejsze" - udała im się trudna sztuka odpowiedniego odpowiedniego wyważenia ciężkich melodyjnych jazd ze spokojniejszymi powolnymi pasażami.

5. The Austerity Program - Black Madonna

Pod względem moich odkryć roku Austerity Program wygrywa w przedbiegach, bijąc swoim surowym i szybkim brzmieniem innych debiutantów na łeb. Grupę tworzy dwóch gości grających na strunowcach i automat perkusyjny, a ich debiutancki album (wydany notabene w wytwórni Aarona Turnera z ISIS - Hydrahead) można by określić jako szatański misz-masz punka, metalu i dziwnego minimalizmu.

4. Savage Republic - 1938

Na kolana chamy! Savage Republic nagrali swój pierwszy od 18 lat materiał i wydali go nie byle gdzie, bo w kultowej wytwórni NEUROT RECORDINGS! Płyta jest raczej mniej punkowa niż ich dokonania sprzed prawie dwóch dekad (chociaż są wyjątki: vide chociażby genialny utwór tytułowy albo "Torpedo"), mało tu walenia w słynną beczkę a całość trochę brzmi jak ścieżka dźwiękowa do podróży po odległych egzotycznych krainach. Nie będę się zbytnio rozpisywał, bo najprawdopodobniej niedługo napiszę na ich temat osobny artykuł - warto jednak wspomnieć na koniec, że członkowie grupy będąc pod wrażeniem wrocławskich pejzaży które obejrzeli przed ubiegłorocznym koncertem w Polsce zatytułowali jeden z utworów na płycie właśnie na cześć miasta Breslau.

3. Nine Inch Nails - Year Zero

Trent Reznor powstał z popiołów niczym mityczny feniks pokazując, że rozrost mięśni nie zabił jego komórek mózgowych odpowiedzialnych za komponowanie i nadal ma łeb jak sklep (w przeciwieństwie do tego, co głosili niektórzy po wydaniu "With Teeth" przyrównując go nawet do Metallicy w onetowym stylu tj. "NIN skończył się na Downward Spiral!!!"). Nie dość, że nagrał świetną płytę (po raz kolejny - nie bacząc na to jak bardzo może mnie to ośmieszyć w waszych oczach, drodzy czytelnicy - stwierdzam, że to jedna z najlepszych płyt w jego dorobku), której na dodatek towarzyszyła absolutnie g e n i a l n a akcja marketingowa (więcej na ten temat można znaleźć np. na nin wiki). Jak dla mnie single wypuszczone w postaci "przypadkowo zagubionych" w koncertowych toaletach pendrajwów, ukryte przesłania na koszulkach grupy i fikcyjne strony internetowe oraz numery telefonów przyblizajace nam cały concept tego albumu to o wiele większe i bardziej rewolucyjne rozwiązanie niż wychwalany pod niebiosa sposób promowania "In Rainbows" rejdiołhedu.

2. Einsturzende Neubauten - Alles Wieder Offen

EN dalej kontynują swoją piękną "lajtową" drogę - szmat czasu minął zanim zorientowali się w stu procentach że muzyka niekoniecznie musi opierać się na tłuczeniu szkła i bicia w rury - patrząc na doskonałe "Silence is Sexy" z 2000 i nieco mniej udane "Perpetuum Mobile" opierające się raczej na zmysłowych pioseneczkach niż zbędnych hałasach nadszedł w końcu czas na rozwinięcie nowo obranej drogi. Alles Wieder Offen jest zdecydowanie jedną z lepszych płyt zespołu, pytanie tylko czy potencjał który tkwi w tych kompozycjach spełni się także podczas koncertów grupy (w kwietniu grają w Stodole, więc jeszcze chwila minie zanim przyjdzie się nam przekonać ;-))

1.666. Neurosis - Given to the Rising

Długo biłem się z myślami na którym miejscu umieścić GttR - to świetna płyta, ale sentymentalnie wygrywała kapela, która znalazła się poniżej. W końcu postanowiłem rzucić obydwie płyty na miejsce pierwsze, z leciutką adnotacją że ostatnia płytka tego kultowego bendu jest leciutko I(ale tylko leciutko!) gorsze od zwycięzcy tegorocznego rankingu. Nie wiem co jeszcze mógłbym dodatkowo napisać o tej płycie? Na Boga, to NEUROSIS (błąd rzeczowy, którego nie chce mi się poprawiać - w końcu ta kapela to Bogowie, czyż nie? ;-)). Poza warstwą czysto muzyczną - dodatkowy plus za piękne limitowane wydanie płyty w lakierowanym mini-winylu rodem ze znanych nam japońskich wydań "w kartonach".

Image Hosted by ImageShack.us

1. Ministry - The Last Sucker

Niesamowicie bałem się tej płyty. Rzadko zdarza się, żeby legendarni wykonawcy otwarcie przyznawali, że następne dzieło będzie ostatnim i ich historia skończy się gwałtowniej niż strzałem w potylicę w przypadku jeńców wojennych. Tymczasem Jourgensen nie dość, że przeskoczył wysoko postawioną sobie poprzeczkę stworzył na dodatek jedną z najlepszych pozycji w dyskografii Ministry. Dalej krocząc drogą szybkiego indu-punka zapoczątkowaną wyraźnie na "Rio Grande Blood" rzucił mnie na kolana i długo nie pozwoli ł wstać. A po wysłuchaniu ostatniego kawałka miałem łzy w oczach - i właśnie dzięki temu płyta trafia na miejsce pierwsze. Dodatkowy plus za fascynującą okładkę limitowanego wydania widoczną powyżej.

Dodano w kategorii muzycznie wszystko o 19:51:33, 3 komentarze

01 lutego 2008,

TOP20 AD2007 #01

Image Hosted by ImageShack.us


20. Sigur Rós - Hvarf / Heim


Nie mogę się niestety w przeciwieństwie do pana Dejnarowicza szczycić tym, że jako pierwszy w Polsce polubiłem i poznałem ten zespół. Mogę za to z czystym sumieniem powiedzieć, że przez długi czas była to dla mnie jedna z najbardziej intrygujących i arcyciekawych kapel, przez długi czas nawet głupio myślałem, że "Agaetis Byrjun" jest płytą, którą zabrałbym jako jedyną na bezludną wyspę. Niestety po parunasto krotnym przesłuchaniu każdej płyty dotarło do mnie, że przy dłuższym spotkaniu Sigur Ros jest po prostu nudne. Mdłe, niewyraziste, a każda kompozycja brzmi tak samo. Druga płyta zespołu wydana u mejdżersów nie dość że mnie nie zaskoczyła, to utwierdziła mnie w moich przekonaniach. Nowe kompozycje są na jedno kopyto, wszystkie środki stylistyczne sztampowe aż do bólu i ogółem nuda. Ale mimo wszystko nadal darzę chłopaków sentymentem ze względu na stare dobre czasy, więc są na zaszczytnym ostatnim miejscu.

19. Miguel and the Living Dead - Postcards From The Other Side


"Miguel i żyjąca śmierć" jak z pewnością przetłumaczyliby nazwę dyplomowani trenslejtorzy z Telewizji Polskiej to kultowa w "semi-undergroundzie" kapela, która chyba jako jedyna w Polsce grała prawdziwie rasowy deathrock z naleciałościami psychobilly i horror-punka na niesamowicie wysokim poziomie. Taki polski odpowiednik Madness, Misfits i Alien Sex Fiend wymieszany pod dużym ciśnieniem w jednym kotle. Druga płyta (jak było do przewidzenia) nie jest aż tak świetna jak pierwsza, ale nadal trzyma dość wysoki i sympatyczny poziom. Marnym pocieszeniem może być fakt, że trzeciej płyty na bank nie spieprzą, bo się niestety rozpadli ;-)

18. Tinariwen - Aman, Iman


Bardzo, bardzo ciekawa kapela. Pochodzą z Republiki Mali, powstali w 1982 roku w obozie tuareskich rebeliantów i tworzą (chwila napięcia wypełniona werblami) - afrykańskiego bluesa połączonego z tradycyjną berberyjską muzyką graną na nowoczesnych instrumentach (przez to pojęcie na Saharze uznaje się najwyraźniej perkusje i gitary elektryczne ;)). Gdyby jeszcze było wam mało dziwactw to cała kapela jest niesamowicie zaangażowana politycznie i społecznie - w swoich tekstach opowiadają o porzucaniu przez Tuaregów koczowniczego trybu życia, zatraceniem narodowej tożsamości i nawoływaniu do stworzenia odrębnego państwa dla koczowniczych ludów zamieszkujących Saharę. Jak już wspominałem - dziwaczne i egzotyczne - ale przede wszystkim bardzo interesujące i "porywające" granie.

17. Jesu - Conqueror


Rok 2007 w wykonaniu Justina Broadricka był niesamowicie płodny - łącznie oprócz drugiej płytki wydał bodajże 3 epki i jednego splita, które szczerze mówiąc niczym się od siebie nie różniły. Po radykalnej zmianie stylu z ciężko-drone'owego na lajtowo-emocjonalny na ubiegłorocznej EPce "Silver" ukochany przez wszystkie małolaty pan Justin z Godflesh przestał koncentrować się na zmianach i jechał dalej wyznaczoną sobie drogą. Conqueror jest esencją nowego, "radosnego" stylu Jesu, ale mimo wszystko wciąż przebijają się tam "walcowate" fragmenty - tym razem zagrane jednak w DUR a nie w MOLL. Jak najbardziej absolutnie nie jest to zła płyta (jak mogliby niektórzy wywnioskować z moich poprzednich zdań), ale zawiodła trochę moje gigantyczne oczekiwania na coś genialnego i rewolucyjnego. Gdyby nie moja głupota i sentymentalizm bez trudu drugie LP zespołu wdarło by się do pierwszej dziesiątki.

16. Strachy na Lachy - Autor


Do niedawna uważany przez wielu za pierwszego punk-rockowego grafomana pierwszej RP (tytuł ten został mu niestety odebrany przez panów odpowiedzialnych za teksty COMY i HAPPYSAD) Grabaż zmierzył się z poezją wielbionego przez wszystkie harcerki Jacka Kaczmarskiego - i jak widać opłacało się, skoro dostał za to Paszport Polityki. Mimo początkowej niechęci stwierdzam z całą odpowiedzialnością za swoje słowa, że całkiem nieźle sobie z tym dał radę. Mimo malutkich wpadek (tragiczna latino-aranżacja "Murów") udało mu się utrzymać wysoki poziom narzucony przez Kaczmarskiego, a nawet miejscami go przeskoczyć (co prawda z szurnięciem plecami po poprzeczce, ale zawsze!) - vide. Encore lub genialna, punkowa wręcz wersja "Czerwonego Autobusu" który w oryginale po prostu wiał nudą.

15. Job Karma - Tschernobyl


Z trzech albumów wrocławskiego duetu, jakie miałem przyjemność wysłuchać do tej pory Tschernobyl jest zdecydowanie najlepszym albumem grupy. Opierając się na zeznaniach innych osób, które mają w spotkania z JK większe doświadczenie niż ja mogę przypuszczać, że być może jest ich dotychczasowym opus magnum. Niesamowicie "przebojowa" (przy "26th April 1986", "Zona" albo "Hydroxizinium City" noga z łbem na spółkę same latają), a przy tym świetnie oddająca klimat opuszczonego miasta i spustoszenia, jakie wywołała słynna katastrofa. Tak niskie miejsce w rankingu ze względu na kawałek "Talk With Son" w którym użyto kultowego dla mnie dialogu z "Happiness" Solondza, w którym ojciec-pedofil i jego syn prowadzą dyskusję rodem z ubiegłowiecznych amerykańskich sitcomów dotyczącą orgazmu i masturbacji. Nie mam nic przeciwko, to świetny utwór i ładnie się całość wpasowała, tylko że jakoś ni w kij ni w oko nie pasuje mi to do konceptu albumu dotyczącego Czarnobyla i Prypeci.

14. Dillinger Escape Plan - Ire Works


Szczerze mówiąc: chłopaki z DEP nie zaskoczyli mnie wcale - I bardzo dobrze. Mimo przetasowań personalnych (perkusista odszedł do true-LGBT kapeli Coheed and Cambria, nadal nieobecny jest gitarzysta Brian Benoit, którego od lat męczy uszkodzony nerw) ich niepowtarzalny, ciężki styl i rytmika połamana bardziej niż dzieciaki z wrodzoną łamliwością kości nadal ścina z nóg i wbija w ziemię aż po pępek. Udało im się nagrać płytę na tym samym poziomie co - nie bójmy się użyć tego słowa - kultowa "Miss Machine", zobaczymy jak sobie dadzą radę z następną płytką, która według ich zapowiedzi nie ukaże się w dotychczasowym labelu grupy - Relapse. Bym zapomniał - gościnnie na płycie pojawia się Brent Hinds z [baczność] \m/astodona [spocznij].

13. Grinderman - Grinderman


Są prawdy oczywiste o których każdy fan muzyki popularnej wiedzieć powinien. Jedną z takich prawd jest "kończenie się" kapel. Każda znana grupa na czymś się skończyła - Metallica na "Kill Em All", Iron Maiden na "Killers", a Piotr Rubik na kultowej pozycji zatytułowanej "Lato z Misiem i Margolcią". Świetna grupa Nick Cave and the Bad Seeds skończyła się na swojej najbardziej znanej płycie "Murder Ballads", a w momencie w którym opuścił ich niejaki Blixa Bargeld zespół w moich oczach umarł doszczętnie. Nick Cave być może tez doszedł do takiego wniosku, więc wziął swoich trzech kumpli z tej grupy i nagrali świetną, garage rockową, płytkie pod nowym szyldem - Grinderman. Miejscami podobna do starego dobrego NC&TBS, miejscami zaś jedzie typowym amerykańskim brudnym graniem - tak zanieczyszczonych gitar jak te w Get It On albo No Pussy Blues nie słyszałem od dawna. Cała płyta zresztą jest wyprodukowana w świetnym, rzeżącym stylu - może zgodnie ze stylistyką albumu zespół przepił większość budżetu i musieli przymusowo skrócić czas pracy producenta o 3/4 ;-) ?

12. Original Silence - The First Original Silence


Zamiast rozpisywać się nadmiernie oddam tym razem głos specjalistom marketingowym z wytwórni odpowiedzialnej za ten krążek:

Wczesny Sonic Youth, The Ex i skandynawski free jazz oraz Black Flag, drone rock, Albert Ayler, Boredoms, noise, punk, Dead C, Merzbow, minimal music, The Stooges, czyli to wszystko, co kochamy, zmieszane ze sobą.

Nie ma lepszej rekomendacji - jeśli w jednym zdaniu pojawia się Merzbow, Black Flag i The Stooges to już wiadomo czego się spodziewać - czegoś totalnie nieprzewidywalnego. A do tej dziwnej mieszanki z cytatu od siebie z czystym sumieniem dorzuciłbym Meshuggah.

11. Down - Over The Under


Jeśli na sali mamy jakiegoś fana ciężkich niczym kowalski młot rokenrolów, który byłby na tyle głupi żeby głośno przyznać się do nieznajomości tej nazwy to szybko przybliżam skład, który mówi sam za siebie: Phil Anselmo (Pantera, Superjoint Ritual), Pepper Keenan (Corrosion of Conformity), Rex Brown (Pantera), Kirk Windstein (Crowbar), Jimmy Bower (Eyehategod, Superjoint Ritual, Crowbar). Jeśli kiedykolwiek wyobrażaliście sobie jak wyglądałby muzyczny hołd dla Jacka Danielsa nie musicie już robić tego dłużej - wystarczy posłuchać tego CD.

Dodano w kategorii muzycznie wszystko o 19:48:13, Dodaj komentarz

01 lutego 2008,

Oingo Boingo - Dead Man's Party

Image Hosted by ImageShack.us

Każda dziedzina sztuki ma swoją własną legendarną personę - człowieka, którego nie da się pomylić z niczym innym, któremu wszystko się wybacza i którego nazwiska de facto nie trzeba objaśniać. Trudno pomylić Bansky'ego z Salvadorem Dalim albo Piotra Rubika z Mozartem (nie mówiąc już o absolutnym braku podobieństw między Robertem Biedroniem a Wojciechem Wierzejskim). W dzisiejszym odcinku nudnej epopei, która powoli się rozkręca chciałem omówić przypadek jednego z takich panów, a dokładniej pana który nazywa się Danny Elfman.

Absolutna legenda na polu muzyki filmowej (pewnie zasłużył sobie na taką pozycję swoim żydomasońskim pochodzeniem ;-)) i w moich oczach jedyna osoba, której uchodzi na sucho powielanie tych samych schematów od nastu lat - czego by nie mówić, każdy jego utwór brzmi tak samo, ale za to w jakim absolutnie niesamowitym stylu! Elfman zasłynął głównie z długoletniej współpracy z niejakim Timem Burtonem (między innymi "Batman", "Edward Nożycoręki" oraz ulubiona kreskówka każdego emo - "The Nightmare Before Christmas"), ale na koncie ma również parę innych znanych dzieł i dziełek - "Man in Black", "Mission Impossible" (chyba najbardziej odbiegająca od pozostałej twórczości płyta), "Spider-Man" czy "Czerwony Smok" to tylko baaaaaardzo skromny wycinek jego twórczości.
Nie wszyscy chyba jednak wiedzą (wnoszę to po tym, że ich płyt nie ma w _żadnym_ znaczącym polskim sklepie muzycznym i czuję teraz zresztą taką niesamowitą nutkę napięcia w związku z tajemnicą jaką wam zaraz zdradzę, drodzy czytelnicy) - Danny Elfman przed swoją karierą kompozytora miał własny zespół rockowy o! Oingo Boingo - bardzo sympatyczna nazwa pod względem "logopedycznym" - nagrali parę świetnych płyt i hiciorów, nigdy nie zdobyli jednak należytego im szacunku (który moim zdaniem powinien znaleźć się gdzieś na poziomie szczebla poniżej obwołania każdej, nawet najgorszej płyty, mianem "kultowej"). Zespół powstał w 1972 roku i przez kilka następnych lat grali razem pod przy długaśnym szyldem "The Mystic Knights of the Oingo Boingo", zanim w 1980 roku odrzucili z nazwy ten dziwny kawałek o mistycznych rycerzach i wydali pierwszą, nudną płytę w 1981 roku i powolutku, powolutku rozwijając się przez następne cztery lata (w ciągu których wydali jeszcze trzy płyty) aż w końcu nadszedł przełomowy okres w ich historii - przeszli do mejdżersowej MCA Records i wydali swoje opus magnum - "Dead Man's Party".
Muzycznie płyta ta jest esencją brzmienia tej kapeli, uwidaczniająca każdą charakterystyczną cząstkę ich intrygującego stylu który rozłożony na czynniki pierwsze nie jest niczym nowym, po ponownym połączeniu tych czynników pierwszych także nie jest niczym nowym (o dziwo), a mimo to jest niesamowity. Mamy tutaj dużo klawiszy, rytmiczny, charakterystyczny bas typowy dla lat 80', czyste gitary z małą ilością solówek i przede wszystkim - tercet instrumentów dętych. Gdybym miał to jakoś szufladkować to byłby to rasowy new wave z popowym naleciałościami i sekcją rytmiczną żywcem wziętą z grupy Madness. Absolutne esencja lat przedostatniego dziesięciolecia XX wieku.



I gładko jak po maśle przeszliśmy do meritum sprawy - kompozycje! Chyba każdy utwór z tej płyty był hitem lub potencjalnym hitem. Płytkę promowały trzy single (do których nakręcono trzy klipy), trzy kawałki ukazały się w znanych filmach ("Weird Science" w filmie o tym samym tytule, tytułowy track w "Back To School" i dekadę z okładem później "Stay" w kultowym "Donnie Darko"). Mamy tutaj także kawałki, które przeszły z mniejszym echem ale mimo wszystko musiały wejść w skład każdej późniejszej składanki OB.
Dead Man's Party to jak już pisałem zdecydowanie największe osiągnięcie grupy - zarówno pod względem najważniejszym czyli czysto muzycznym, jak i komercyjnym. Jazda obowiązkowa dla fanów "zabawowego" rocka.

Dodano w kategorii muzycznie wszystko o 19:43:21, Dodaj komentarz

Design by ChaitGear, ported by Soil. RSS. Powered by JoggerPL.