TOP20 AD2007 #2

Mike Patton nie przestaje mnie zaskakiwać - ten facet to po prostu potęga! Swoimi krzykami, rzężeniem i śpiewem przewędrował już chyba całą krainę muzycznych gatunków - od popu (Peeping Tom) i hiphopu (General Patton vs. The X-Ecutioners) przez eksperymentalną klasykę (Kaada/Patton), rasowy noise (Maldoror) aż do najbardziej popieprzonej awangardy jaką jesteśmy w stanie pojąć - zresztą co go będę wychwalał przesadnie jak i tak każdy wie, że nie ma lepszego wokalisty niż on ;) Tym razem za sprawą gitarzysty Tomahawka - Duane'a Denisona (ex-The Jesus Lizard) który wspólnie z Hankiem Williamsem III wyruszył na rajdy po rezerwatach rdzennych amerykanów Patton zreinterpretował klasyczne indiańskie przyśpiewki i naprawdę świetnie mu to wyszło. Bardzo mocno transowa płyta, idealna do srogiego odlotu po dużej ilośc meskaliny (o ile tylko uda wam się podciągnąć prąd do przydomowego wigwamu ;))
Wyfrunęła nam Nyia w świat po raz kolejny - tym razem wydali płytkę w labelu Shane'a Embury'ego (basisty Napalm Death) - FETO Records. Czy to zaszczyt sam w sobie zdecydujcie se sami ;-) Nie ma co się rozpisywać pod względem muzycznym, piętno którym grupa była naznaczona czyli muzycy w niej grający (muzycy KOBONGa i PROPHECY, między innymi) po prostu nie pozwoliło im na nagranie złej płyty. Krew pot i miazga - brzmienie, które samoistnie podpala kościoły.
Progres kapel muzycznych można podzielić na dwie podstawowe grupy - zmiany które powodują, że zespół mówiąc kolokwialnie ssie, albo faktyczny postęp który dodaje kolorów i smaczków do ich muzyki. Behemoth zdecydowanie jest w tej drugiej grupie - z płyty na płytę pokazują coraz lepszą klasę i coraz większy profesjonalizm (nie patrzcie takimi wielkimi oczyma drodzy czytelnicy - też myślałem że już bardziej się nie da !). Pomijając oczywiste świetne kompozycje i interesujące eksperymenty (dęciaki, zaproszenie do współpracy Leszka Możdżera, chóry i tak dalej - zdecydowanie nie są to nudne "upiększacze" i wnoszą coś do kompozycji Nergala) płyta została o wiele lepiej wyprodukowana. Aż strach się bać co się będzie działo na następnej płycie - zespół przeniósł się z (mimo wszystko marginalnego) polskiego Mystica do kultowego Nuclear Blast. Jak tak dalej pójdzie to za kilkanaście albo nawet kilka lat to na ich płytach będzie utrzymywać się polska gospodarka, a sam Behemoth stanie się lepszym towarem eksportowym niż nasza wódka.
Drugie miejsce na liście moich muzycznych odkryć ubiegłego roku to projekt Tima Hollanda ukrywającego się pod pseudonimem SOLE, rapera ściśle związanego ze środowiskiem anticon. Tym razem nasz czarnoskóry filozof współpracował z trójkątem rodem z Florydy ukrywającym się pod szyldem Skyrider - ten sympatyczny kwartet tworzy w podgatunku nazywającym się Świadomy Hip-Hop i za cholery nie wiem o co w tym chodzi, ale brzmią bardzo sympatycznie, zwłaszcza pod względem tekstowym. Częste zabawy słowem w których można by ich przyrównać do naszego rodzimego eluce, tematyka zaś porusza głównie problemy społeczne i to te najbardziej mroczne - od narkotyków po samobójstwa. Nie ma co się dziwić, w końcu jak śpiewał Andy Cairns - "Happy people have no stories" ;-)
Odkąd tylko poznałem tą kapelę przy okazji wydania ich drugiego LP, The Fire in Our Throats Will Beckon the Thaw zawsze ich lubiłem i szanowałem, ale mimo wszystko traktowałem tych czterech chłopaków z czikago nieco drugorzędnie - ot takie dobre post-hc/doomowe granie ale niestety nic poza tym - kolejny klon ISIS, Cult Of Luna i tym podobnych wyróżniający się tylko brakiem wokalisty. Gdy usłyszałem nadal poruszające się w dawnej stylistyce, ale nieco cięższe i "masywniejsze" City Of Echoes powoli zacząłem się do nich przekonywać i z każdym następnym odsłuchem przesuwać ich do pierwszej ligi do momentu aż w końcu usiedli okrakiem na granicy między tymi dwoma światami. I gdy zobaczyłem ich na żywo we wrocławskim Firleju padłem na kolana z zachwytu. Ich brzmienie na żywo różni się od tego co znałem z płyt, jest o wiele cięższe i "dostojniejsze" - udała im się trudna sztuka odpowiedniego odpowiedniego wyważenia ciężkich melodyjnych jazd ze spokojniejszymi powolnymi pasażami.
Pod względem moich odkryć roku Austerity Program wygrywa w przedbiegach, bijąc swoim surowym i szybkim brzmieniem innych debiutantów na łeb. Grupę tworzy dwóch gości grających na strunowcach i automat perkusyjny, a ich debiutancki album (wydany notabene w wytwórni Aarona Turnera z ISIS - Hydrahead) można by określić jako szatański misz-masz punka, metalu i dziwnego minimalizmu.
Na kolana chamy! Savage Republic nagrali swój pierwszy od 18 lat materiał i wydali go nie byle gdzie, bo w kultowej wytwórni NEUROT RECORDINGS! Płyta jest raczej mniej punkowa niż ich dokonania sprzed prawie dwóch dekad (chociaż są wyjątki: vide chociażby genialny utwór tytułowy albo "Torpedo"), mało tu walenia w słynną beczkę a całość trochę brzmi jak ścieżka dźwiękowa do podróży po odległych egzotycznych krainach. Nie będę się zbytnio rozpisywał, bo najprawdopodobniej niedługo napiszę na ich temat osobny artykuł - warto jednak wspomnieć na koniec, że członkowie grupy będąc pod wrażeniem wrocławskich pejzaży które obejrzeli przed ubiegłorocznym koncertem w Polsce zatytułowali jeden z utworów na płycie właśnie na cześć miasta Breslau.
Trent Reznor powstał z popiołów niczym mityczny feniks pokazując, że rozrost mięśni nie zabił jego komórek mózgowych odpowiedzialnych za komponowanie i nadal ma łeb jak sklep (w przeciwieństwie do tego, co głosili niektórzy po wydaniu "With Teeth" przyrównując go nawet do Metallicy w onetowym stylu tj. "NIN skończył się na Downward Spiral!!!"). Nie dość, że nagrał świetną płytę (po raz kolejny - nie bacząc na to jak bardzo może mnie to ośmieszyć w waszych oczach, drodzy czytelnicy - stwierdzam, że to jedna z najlepszych płyt w jego dorobku), której na dodatek towarzyszyła absolutnie g e n i a l n a akcja marketingowa (więcej na ten temat można znaleźć np. na nin wiki). Jak dla mnie single wypuszczone w postaci "przypadkowo zagubionych" w koncertowych toaletach pendrajwów, ukryte przesłania na koszulkach grupy i fikcyjne strony internetowe oraz numery telefonów przyblizajace nam cały concept tego albumu to o wiele większe i bardziej rewolucyjne rozwiązanie niż wychwalany pod niebiosa sposób promowania "In Rainbows" rejdiołhedu.
EN dalej kontynują swoją piękną "lajtową" drogę - szmat czasu minął zanim zorientowali się w stu procentach że muzyka niekoniecznie musi opierać się na tłuczeniu szkła i bicia w rury - patrząc na doskonałe "Silence is Sexy" z 2000 i nieco mniej udane "Perpetuum Mobile" opierające się raczej na zmysłowych pioseneczkach niż zbędnych hałasach nadszedł w końcu czas na rozwinięcie nowo obranej drogi. Alles Wieder Offen jest zdecydowanie jedną z lepszych płyt zespołu, pytanie tylko czy potencjał który tkwi w tych kompozycjach spełni się także podczas koncertów grupy (w kwietniu grają w Stodole, więc jeszcze chwila minie zanim przyjdzie się nam przekonać ;-))
Długo biłem się z myślami na którym miejscu umieścić GttR - to świetna płyta, ale sentymentalnie wygrywała kapela, która znalazła się poniżej. W końcu postanowiłem rzucić obydwie płyty na miejsce pierwsze, z leciutką adnotacją że ostatnia płytka tego kultowego bendu jest leciutko I(ale tylko leciutko!) gorsze od zwycięzcy tegorocznego rankingu. Nie wiem co jeszcze mógłbym dodatkowo napisać o tej płycie? Na Boga, to NEUROSIS (błąd rzeczowy, którego nie chce mi się poprawiać - w końcu ta kapela to Bogowie, czyż nie? ;-)). Poza warstwą czysto muzyczną - dodatkowy plus za piękne limitowane wydanie płyty w lakierowanym mini-winylu rodem ze znanych nam japońskich wydań "w kartonach".

Niesamowicie bałem się tej płyty. Rzadko zdarza się, żeby legendarni wykonawcy otwarcie przyznawali, że następne dzieło będzie ostatnim i ich historia skończy się gwałtowniej niż strzałem w potylicę w przypadku jeńców wojennych. Tymczasem Jourgensen nie dość, że przeskoczył wysoko postawioną sobie poprzeczkę stworzył na dodatek jedną z najlepszych pozycji w dyskografii Ministry. Dalej krocząc drogą szybkiego indu-punka zapoczątkowaną wyraźnie na "Rio Grande Blood" rzucił mnie na kolana i długo nie pozwoli ł wstać. A po wysłuchaniu ostatniego kawałka miałem łzy w oczach - i właśnie dzięki temu płyta trafia na miejsce pierwsze. Dodatkowy plus za fascynującą okładkę limitowanego wydania widoczną powyżej.


